Shop Mobile More Submit  Join Login
About Deviant Artist Madame Macabre29/Female/Poland Recent Activity
Deviant for 6 Years
Needs Core Membership
Statistics 401 Deviations 1,614 Comments 13,834 Pageviews
×

Newest Deviations

Favourites

Activity


Don't starve Oc: Wren ver 2.0

Przezwisko: Wiedźma Cieni

Motto: Wszystko pochodzi z ciemności... I do niej wraca.

Poczytalność: 200

Zdrowie: 130

Głód: 130

Obrażenia: 1,0X

Cecha: Lubi ciemność, nie lubi mody, ma trudny charakter. Przyjaźni sie z Chesterem.

Specjalny atrybut: Wolny Chester, Cienisty Ekwipunek


Umiejętności:

Za pomocą koszmarnego paliwa potrafi wytwarzać cieniste wersje narzędzi (kilof, siekiera, łopata), kasku footbolowego, włóczni i bumerangu. Wraz z mieczem i zbroją nocy najdują się one w specjalnej zakładce "ceniste materie", dostępnej od początku gry.  Może przemienić Chestera w jego wolną wersję (prędkość 6, 13 ptk obrażeń, 900 ptk zdrowia + standargowa regeneracja zdrowia Chestera) wkładając do niego w trakcie pełni 3 zęby psów, 3 koszmarne paliwa, 3 fioleowe klejnoty. Przemieniony Chester zmienia wygląd i "gubi" kościane oko. Wren kieruje nim za pomocą dwóch dodatkowch slotów ekwipunku, zmieniających swe właściwości pod kliknięciem. Jeden każe Chesterowi podążać za nią/zostać na miejscu (symbole drogowe go/stop), drugi ustala jego stosunek do stworzeń: atakuje wszystkie w poblizu/ atakuje tylko stworzenia wrogie/ atakuje tylko stworzenia, które zaatakowały Wren bądź ona je zaatakowała/ jest pasywny (kolorowe plamki). Króliki, ptaki i gobbler reagują na zmienionego Chestera tak samo jak na naszą postać - uciekają, gdy podejdzie nadto blisko i same do niejgo nie podchodzą.

Cechy:

+ jest całkowicie odporna na negatywne, psychiczne efekty nocy, magii, złych kwiatów i cienistego ekwipunku.

+ mermy nie atakują jej (chyba, że ta zaatakuje je)

- jest nieco słabsza od wiekszości postaci (zdrowie, głód)

- wielkie króliki i świnie są wobec niej agresywne, nie może też ich ze sobą zaprzyjaźnić (przez parę sekund stworzenie będzie prosiło ją, aby odeszła, poczym zaatakuje)

- za przedmioty grobowe od króla świń otrzymuje tylko 50% złota

- nadpsute, "żółte" jedzenie nie przywraca jej zdrowia

- otrzymuje dodatkową karę za przemoczenie

- ubrania i nakrycia głowy nie odnawiają jej poczytalności (wyjątkiem jest tulecytowa zbroja)

- jeżeli jej zdrowie spada poniżej 30% zaczyna tracić poczytalność.

Bonus:

- Nawet mając pełną poczytalność widuje pana Skitsa

- Nazywa chestera Christbellą

- Opisując kreacje Maxwella komentuje je odnosząc się do niego lub ich ewentualnego pierwowzoru np:

muchosmok - ktoś tu lubi gry słowne

statua maxwella - pomnik przerośniętego ego

domek świni - ktoś się naczytał bajek mamy gąski

gęsiołoś - mama gąska, wersja smiercionośna

pies - zabawne, on wygląda raczej na kociaża

Loading...

Urzędy, magiczne, mugolskie czy Avalońskie, wszystkie nieodmiennie wiążą się z biurokracją, przybijaniem pieczątek i czekaniem. Severus przekonał się o tym na własnej skórze. Spotkanie z Radą Podziału, tym razem odbyte w o wiele przyjemniejszym, przypominającym niewielki salonik pomieszczeniu,  trwało zaledwie kwadrans. Odebrano od niego papiery, dopytano się czy na pewno przemyślał decyzję o pozostaniu, powiedziano parę frazesów i posłano dalej. Tu zaczęły się schody.
    
Wpierw musiał czekać na odbiór dokumentów – dowodu osobistego i karty przybysza – co trwało blisko godzinę. Potem dostał do wypełnienia stertę papierów. Część dotyczyła zamieszkania ze swoim opiekunem i jego bądź jej rodziną. Podpisywał starym i nowym nazwiskiem zgody odnośnie władzy opiekuna nad nim, akceptacje rozmaitych procedur, jakieś dokumenty medyczne związane z pobytem w szpitalu oraz potwierdzenie nowej tożsamości. Wedle tego ostatniego od tej chwili miał obowiązek używania tylko i wyłącznie nowych danych – Severus Tobias Snape oficjalnie przestawał istnieć, a „rodził się” Marcus Gareth Bertram. Nacisk, jaki kładziono na przyjęcie nowej osobowości nieco go dziwił.
    
Oczywiście nie obyło się bez podpisania kilku egzemplarzy potwierdzenia odbioru dowodu i karty – swoją drogą zastanawiał się, gdzie zdobyto jego aktualne zdjęcie – oraz ich zgodności z wybranymi danymi i tak dalej. Na sam koniec musiał poczekać na opiekuna, bo ten wypełniał jeszcze więcej papierów.

   
W końcu do pokoju, będącego połączeniem biura z niewielką poczekalnią wkroczyła przystojna blondynka o pociągłej, nieco kanciastej twarzy. Była starsza od niego, ale nie potrafił sprecyzować o ile. Dziesięć lat, może więcej, może mniej. Głęboko osadzone, ciemnoniebieskie oczy emanowały pewnością siebie, podobnie jak uśmiech wąskich, aczkolwiek kształtnych ust. Nosiła się raczej po męsku – dżinsy, buty na płaskim obcasie, koszula i luźna marynarka. Pasowało jej to, podobnie jak mocno ściągnięty kok i niemal niezauważalny makijaż. Sprawiała wrażenie osoby silnej i energicznej.
 
- Marcus? – zapytała.

     
Przytaknął, wstając z miejsca. Nie spodziewał się, że jego opiekunką będzie ludzka kobieta, oczekiwał raczej kogoś innej rasy. Co więcej, wydawała mu się dziwnie znajoma. Był przekonany, że ją zna, ale nie miał pojęcia skąd.
 
- Hiacynta Corax – przedstawiła się podając mu dłoń. Miała nadspodziewanie silny uścisk.

    
Słysząc jej imię i nazwisko zdrętwiał.
 
- Hiacynta Corax? Zaraz… Jest pani żoną jednego z Filch’ów?

  - Tak, Tersh’a. A dziewczyna, która strzelała do horroca, to starsza z moich córek, Ivy. Nie rób takiej zdziwionej miny, po prostu uznano, że skoro jest taka opcja, to powinieneś trafić do kogoś, kogo znasz.
 
- Nie powiedziałbym, że znam Tersh’a. Znam Argusa Filcha, złośliwego, hogwarckiego woźnego, a nie obrońcę równowagi czy kim on naprawdę jest – wymamrotał, przyglądając się kobiecie. Istotnie, była podobna do dziewczyny z karabinem, ale to nie z nią ją kojarzył.

  - Tak… – Uśmiechnęła się. – Świetnie wypadł w swojej roli, naprawdę cudownie. Nie do wiary, że on i Kersh są  Filch’em. Zupełnie inne osobowości niż on. No dobrze, my tu gadu-gadu, a czas leci. Masz wszystko, co potrzeba?
  
Skinął głową, podnosząc z podłogi walizkę. Tak, miał wszystko, co potrzeba. Cały swój ziemski dobytek, wliczając w to Tali oraz wręczone mu dokumenty.

 
- To świetnie. Chodź, zaparkowałam piętro niżej.
    
Bez słowa ruszył za Hiacyntą, która dziarsko kroczyła przed siebie. Co jakiś czas witała się z kimś, komuś innemu posyłała uśmiech. Przypuszczał, że pracowała w Cytadeli, w końcu miał trafić pod skrzydła jakiegoś z urzędników państwowych. Może stąd ją znał? Zapamiętał jej twarz wśród urzędniczego tłumu? Nie, ludzie w Avalonie przykuwali uwagę, na pewno zwróciłby na nią uwagę.

    
Zmarszczył brwi. Wedle swojego dowodu miał zamieszkać w Czarnych Zboczach przy Czerepowym Trakcie w domu bez numeru, ale o przedziwnej nazwie Kąsający Filar. Do tego ta kobieta, jego opiekunka… Z każdą chwilą ogarniało go dziwne przeczucie.
      
Pojazdem Hiacynty okazał się stary model Mini Coopera, który często spotykał na drogach będąc dzieckiem. Zaparkowany na balkonie-podjeździe między eleganckimi wozami samochodzik robił wręcz śmieszne wrażenie, ale nikt nie zwracał na to większej uwagi. Prawie nikt.

 
- Wracasz samochodem? – zagadnął ich szpakowaty goblin, kiedy Hiacynta otwierała drzwi pojazdu.
 
- No jasne, jak zwykle. Czemu miałabym nie wracać?

  - Bo masz pasażera?
 
- A w związku z tym?

  - Daj spokój, przecież nawet Prunella zaczyna się modlić, kiedy masz siąść za kierownicą. To chyba jedyna rzecz, która rusza tego małego potwora.
 
- Przypominam ci, że ja W PRZECIWIEŃSTWIE do ciebie nigdy nie miałam żadnego wypadku.

  - Ale wszyscy, których wiozłaś, przysięgali, że widzieli w przelocie bardzo chudego osobnika w czarnej kapocie i z kosą w ręku. Jeżeli zafundujesz temu biedakowi taką rozrywkę już pierwszego dnia, to ucieknie stąd w popłochu… Chyba, że to twój plan.
 
- Nie, to nie mój plan.  – Uśmiechnęła się półgębkiem. – Gdyby to był mój plan, przyleciałabym tu innym środkiem transportu.

  - Ach, no tak. Racjonowanie szoków, rozumiem. – Zachichotał dość paskudnie i spojrzał na niego. – No to powodzenia. Przyda ci się.
      
Zdezorientowany spojrzał na Hiacyntę, która z rozmachem otwarła drzwi.

  - Nie przejmuj się. Nie jeżdżę aż tak… Żywiołowo. Poza tym, jak już wspominałam, nigdy nie miałam żadnego wypadku.
    
Czuł, że goblin nie miał na myśli tylko czekającej go jazdy, jednak pytanie o to mijało się z celem. Wzdychając, zajął siedzenie pasażera i nieco niezdarnie rzucił na tylną kanapę walizkę. Siedząca mu na ramieniu Tali rozglądała się ciekawie dookoła.

  - Zapnij pasy – mruknęła Hiacynta, siadając obok.
      
Kiedy przekręciła klucz w stacyjce, a silnik wydał z siebie głuchy warkot, zdał sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu siedzi z przodu auta. Nigdy nie interesowały go mugolskie pojazdy, więc nigdy nie prowadził, a jako pasażer zawsze siadał z tyłu. Zresztą rzadko miał okazję do podróży samochodem. Kiedy uzyskał pełnoletniość odciął się od mugolskiego świata, a gdy był dzieckiem, mógł co najwyżej kupić bilet na autobus. Jego rodzina była zbyt biedna, żeby pozwolić sobie na własny wóz, nawet telewizora nie mieli. Koledzy w podstawówce nie raz mu dokuczali z tego powodu.

     Na początku wszystko przebiegało normalnie, tak jak podczas podróży z gargulcem. Mini delikatnie uniosło się do góry i wzbiło w powietrze, wznosząc coraz wyżej. Budynki pod nimi zaczęły maleć aż do rozmiarów niewielkich pudełek, wtedy Hiacynta skręciła w bok, biorąc trajektoria na odstęp między górskimi szczytami. Nie zdziwiło go to ani nie zaniepokoiło. W końcu nazwa Czarne Zbocza sugerowała, że miasteczko czy wioska, w której ma zamieszkać, znajduje się w górach. Odprężył się nieco.
  - Kim jest Prunella, o której wspominał goblin? – zapytał.
 
- Młodsza z moich córek.

  - Czemu nazwał ją potworem?
 
- Pru ma dość nietypowe podejście do życia. Ją i resztę dzieciaków poznasz wieczorem.

  - Pru? Siostrzeniec Tjandima wspominał o jakiejś Pru. Czy…
     
Nie dokończył. Gdy tylko minęli szczyty tworzące mur Obręczy, Mini gwałtownie zanurkowało w dół, wbijając go w fotel. Z szybkością, o którą nie podejrzewałby niewinnie wyglądające autko, zaczęli mknąć pomiędzy skalistymi zboczami, które nie raz mijali tylko o parę centymetrów. Co kilka sekund ledwo unikali śmierci, przynajmniej tak to odczuwał. Hiacynta sprawiała wrażenie całkowicie zrelaksowanej i beztrosko wpadała w coraz to węższe wąwozy. Właściwie nie wpadała, tylko cały czas nimi leciała. Szczyty otaczającego ich pasma górskiego tonęły  w chmurach, jedna góra wyrastała niemal tuż przy następnej i jedynymi dostępnymi trasami były ciasne doliny górskie tworzące labirynt ekstremalnie niebezpieczny dla każdego lotnika, który nie urodził się z własnymi skrzydłami. Sam, bez naprawdę palącej potrzeby, nie zaryzykowałby tu nawet podróży miotłą, a co dopiero mniej zwrotnym i o wiele większym samochodem.

    
Kiedy w końcu wystrzelili ku otwartej przestrzeni i zaczęli zwalniać odczuł gwałtowną, niemal obezwładniającą ulgę. Siedząca mu na ramieniu Tali kręciła się niespokojnie. Prawdopodobnie nie miała pojęcia, o co chodzi, ale na pewno wyczuwała jego emocje, zaś te, jeszcze przed chwilą były adekwatne do odczuć gęsi obserwującej przygotowania świąteczne.
- No i co? Chyba nie było tak źle?

    
Spojrzał na Hiacyntę i z prawdziwym trudem przemilczał jej pytanie. Nie zwykł przeklinać, szczególnie przy kobietach. Wziął głęboki wdech i wyjrzał ostrożnie przez okno.
    
W rozległej, otoczonej czarnymi zboczami dolinie widniało spore miasteczko o dość rzadkiej zabudowie. Większość domów posiadała dziwne, półokrągłe dachy kryte albo gontem albo strzyżoną strzechą. Przeważnie piętrowe, ceglane budynki otaczały okrągłe podwórka obrzeżone pierścieniami białych grzybów. Główne materiały budowlane stanowiły tu cegła, czarne, ciosane kamienie oraz jasnoniebieskie drewno. Wraz z śnieżnobiałymi drogami tworzyły dość barwne i miłe dla oka zestawienie. Tu i ówdzie kręciły się zwierzęta gospodarskie, zarówno normalne jak i zupełnie fantastyczne. Dalej, za zabudowaniami ciągnęły się rozległe łany wysokich traw i pól, pomiędzy którymi biegła tylko jedna droga, tam właśnie lecieli.

     
Nagle złocista zieleń falujących traw i młodych zbóż została ucięta jak nożem przez gigantyczny, głęboki na kilkadziesiąt metrów dół o idealnie okrągłym kształcie. Pionowe ściany i steczące z płaskiego dna gładkie, szpiczaste stalagmity jasno świadczyły, że to dzieło nie dzieło natury tylko jakiejś istoty. Na samym jego środku wznosiło się coś na wzór przypominającej walec, sztucznej góry o płaskim szczycie. Tam wybudowano wielki, otoczony rozległym ogrodem dom, do którego biegł wąski most linowy.
   
Nic dziwnego, że nazwali to Filarem, pytanie tylko czemu Kąsającym” pomyślał, kiedy zniżyli lot, obierając kierunek na nietypowy budynek. W końcu wylądowali na pokrytym błękitną kostką brukową podjeździe, gdzie stały jeszcze dwa wozy, w tym przypominający zielony ogórek bus.

     
Gdy tylko koła Mini dotknęły gruntu, niemal wyskoczył z jego wnętrza i odruchowo odsunął się od pojazdu. Zaledwie piętnastominutowa podróż sprawiła, że po prostu nie mógł nie przyznać racji szpakowatemu goblinowi na temat sposobu latania Hiacynty. Nie miał zamiaru już nigdy w życiu dać się posadzić w jakimkolwiek pojeździe kierowanym przez tę kobietę.
 
- Witaj w Kąsającym Filarze – mruknęła Hiacynta, powoli wysiadając z wozu.

     Jako małolata, czyli baaardzo dawno temu, uwielbiałam powieści z dreszczykiem dla młodzieży młodszej i starszej. Cykle „Ulica Strachu”, „Szkoła przy cmentarzu” (powinien się doczekać adaptacji) czy właśnie „Gęsia skórka” są mi dobrze znane, w tym ten ostatni również z ekranu telewizora. Adaptacje powieści R. I Steina  obok „Eerie Indiana” stanowiły mój ulubiony sposób spędzenia popołudnia po szkole. Dlatego też z chęcią sięgnęłam po adaptację kinową. Niestety tu się nieco zawiodłam.
     W recenzji nie będę odnosić się do powieści pana Steina, gdyż te dość mocno różniły się od ich adaptacji, dlatego przedstawię moje odczucia jedynie w kontekście serii telewizyjnej. Niestety te są nienajlepsze. Przewijające się przez film przerysowane reakcje, wyolbrzymiona tępota niektórych (w tym – stereotypowo – policji), nie zawsze śmieszne „śmieszne” sytuacje etc. odstraszają. Przyznaję, zdarzały się i w serii telewizyjnej, ale nie aż w takim natężeniu, poza tym, to, co jako małolata oglądałam w nudne popołudniu, potrafiło trzymać w napięciu, a mówi to osoba, która jako dziesięciolatka była obcykana z większością części „Koszmaru z ulicy wiązów”. Oczywiście jakość tego napięcia (oraz to czy w ogóle było obecne) zależało od oglądanej historii, jednak po filmie i to trwającym półtorej godziny możnaby oczekiwać, że przynajmniej dorówna tym słabszym. Niestety nie. Zresztą To nie jedyny problem. Mocno na niekorzyść filmu działa też niemal zupełny brak oryginalności w poprowadzeniu fabuły.      Oto Zach (Dylan Minnette – w polskim liceum nie przeżyłby z takim nazwiskiem), nastolatek, który po śmierci ojca został zmuszony do przeprowadzki z Nowego Yorku do małego miasteczka na peryferiach. Oczywiście, stereotypowo, nie jest z tego zadowolony, jednak przynajmniej nie zgrywa zbuntowanego nastolatka i względnie dogaduje się z matką (brak trzaskania drzwiami i krzyków „nikt mnie nie rozumie” – nienawidzę tego w filmach). Jednym słowem to, co wszyscy do bólu znamy z miliardów książek, filmów etc. Odgrzewane kotlety potrafią być pyszne, ale ten jest gumiasty i trąci podeszwą. Mamy też uroczą, szesnastoletnią sąsiadeczkę Hannę (Odeya Rush) i jej wrogiego, ewidentnie skrywającego jakiś mroczny sekret ojca. Oczywiście nasz bohater nie byłby bohaterem, gdyby z miejsca nie spróbował go odkryć przy okazji pomocy sąsiadeczce. Nie brakuje też komicznego, drugoplanowego bohatera, którym tym razem jest tchórzliwy, poznany pierwszego dnia szkoły Champ (Ryan Lee). Dalej nie jest lepiej.
      No to szybko o historii przedstawionej. Owym złym tatusiem zza płotu jest nikt inny jak R .I. Stine (Jack Black), autor słynnej serii dreszczowców Gęsia Skórka. Ma talent niewątpliwe, ale ów jest też klątwą. Jego niezwykła wyobraźnia i magiczna maszyna do pisania (znamy ten motyw z jednej z „Gęsich Skórek” ;) ) sprawiają, że wykreowane przez niego monstra mogą ożyć i uciec ze stronic książek. Dlatego stroni od ludzi, a wszystkie rękopisy mają zatrzaski, które można otworzyć jedynie kluczem (oczywiście trzymanym na wierzchu, bo jakżeby inaczej). Zach nie byłby głównym bohaterem gdyby przypadkiem nie uwolnił jednego z monstr, co w dalszym biegu wydarzeń doprowadziło do spustoszenia miasta przez horrorowe stwory pod przywództwem demonicznej lalki, Slappy’ego. Mamy tu pościgi samochodowe, wędrówkę przez cmentarz, bójkę w markecie, oblężenie szkoły i zapomniane. wesołe miasteczko. Zupełnie, jakby reżyser postanowił wziąć wszystkie stereotypowe elementy filmów grozy i umieścić je w jednym. Niestety, w przeciwieństwie do Tarrantino, nie odniósł sukcesu. Należy też wspomnieć, że motywy ucieczki stworów z kart książek, siły wyobraźni, buntu stworzonych przez siebie monstr i tak dalej były również wielokrotnie poruszane z dużo lepszym efektem
      No cóż, trochę ponarzekałam, to teraz trzeba powiedzieć coś miłego, bo film, chociaż nieco zawodzi, nie jest też najgorszy. Na uwagę zasługuje tu gra aktorska Black’a, Jillian Bell (ciotki Zacha, która niestety przewija się tylko parę razy przez ekran) i Lee, która to niejednokrotnie ratuje sytuację i daje polotu kiepskawy żartom. Black to stary wyjadacz, jeżeli chodzi o komedie, chociaż rola zakompleksionego, a zarazem narcystycznego pinglarza chyba (CHYBA) mu się jeszcze nie zdarzyła. W każdym razie, wypada nieźle, podobnie jak młody Lee, który chociaż nie ma w dorobku znaczących ról, to parę razy miał okazję podpatrzyć dobrych aktorów i tego, i owego się nauczył. Dzięki nim momentami jest naprawdę śmiesznie, a historia nabiera smaku. Pozostali są hmm… Poprawni. Trudno o inne słowa, jeżeli kreacja samych postaci (zapewne już na etapie scenariusza) jest rodem z Disney Channel. Patrzy się na nie i odnosi się wrażenie, że to jeden seriali filmowych z tegoż kanału.
    Co jeszcze się podobało? Muzyka. Nie narzuca się mocno i tworzy miły klimacik. Po za tym efekty specjalne też są na dość wysokim poziomie. Jednym słowem, do oprawy audio-wizualnej nie można się przyczepić – została dobrze dopasowana zarówno do treści jak i rodzaju filmu. Dzięki niej baraszkujące na ekranie stwory dają sporo radości i budzą sentyment, bo niektóre z nich możemy odnaleźć w emitowanym przed laty serialu. Brakowało mi znanych z niego złowrogiej gąbki, inteligentnych roślinek czy potwora z bagien, ale nawet krasnoludki czy Slappy wywoływali uśmiech. Jednak to, co najbardziej ratuje film to...
      ... koniec czy raczej „niekoniecznie koniec”. Jest wiele wspaniałych filmów na motywach książek czy mających być ich kontynuacjami, których finisz kuleje, potwornie zawodząc fanów. Tu mamy idealnie odwrotną sytuację. Chociaż sam film ogląda się z średnim zaangażowaniem, uśmiechając się od czasu do czasu zamiast wybuchając śmiechem, to końcówka sprawia, że na twarzy każdego fana zarówno adaptacji jak i samych książek Stine’a, pojawi się wyraz dogłębnej satysfakcji. Diaboliczny uśmieszek kota, który zżarł kanarka i zwalił wszystko na dzieciaka, bo pies to za małe wyzwanie.

Reasumując: „Gęsia Skórka” nie powala, ale nie jest pozycją złą. To kawał niezłego kina familijnego, które można obejrzeć wraz z młodszymi dzieciakami w nudne, niedzielne popołudnie. Fani będą zawiedzeni, ale to zawsze przyjemnie przypomnieć sobie miłe chwile spędzone przy serialu i mieć świadomość, że ten jest nadal popularny, więc ma się o czym pogadać z gównażerią (jeżeli się chce).

 Końcowa ocena 6,5/10

Groups

Comments


Add a Comment:
 
:iconshinakazami1:
shinakazami1 Featured By Owner Jan 15, 2017  Hobbyist
Dziękuję bardzo za fave :>
Reply
:iconmaivena:
Maivena Featured By Owner Dec 28, 2016  Hobbyist
Wszystkiego najlepszego Le0 - zdrowia, szczęścia, weny i cierpliwości! Oraz spełnienia marzeń, ma się rozumieć ^^
Reply
:iconmadamemacabre87:
MadameMacabre87 Featured By Owner Dec 29, 2016
Dzięki . póki co to sie wykaraskuje z zarazy -.-
Reply
:icons88art:
S88ART Featured By Owner May 21, 2016  Hobbyist Digital Artist
Dzięki za dodanie mojej pracy do ulubionych! Jeżeli będziesz mieć chwilę możesz też odwiedzić mój fanpage www.facebook.com/s88art/
Reply
:iconkillergirlfuria:
KillerGirlFuria Featured By Owner May 20, 2016  Hobbyist General Artist
Le0ś, czy Marek może mieć prośbę życia? ;-;
Reply
:iconmadamemacabre87:
MadameMacabre87 Featured By Owner May 20, 2016
Proś Mareczku, proś. Najwyżej odmówię (hłyhłyhły zUooo)
Reply
:iconkillergirlfuria:
KillerGirlFuria Featured By Owner May 20, 2016  Hobbyist General Artist
Prośbą życia jest: weź i napisz Nienazwane jeszcze raz, bo ja tak za tym ujstwem tęsknię, że mnie kurnać skręca ;-;
Reply
:iconmadamemacabre87:
MadameMacabre87 Featured By Owner May 20, 2016
Mam lepszy pomysł, będę ci podsyłać kawałki tego poważniejszego ciulstwa co teraz piszę, tego z machniętymi OC, co?
Reply
(1 Reply)
:iconheres-kara:
heres-kara Featured By Owner Feb 17, 2016
Dziękuję za favea! :D
Reply
:iconpiasecka:
Piasecka Featured By Owner Nov 23, 2015
Bardzo dziękuję za :+fav: :)!
:huggle: :heart:
Reply
Add a Comment: